Lubomir 29.11.2018

Będąc w Białym Dunajcu mieliśmy ambitny plan zdobycia nie jednego, ale aż trzech szczytów z Korony Gór Polski. Na pierwszy ogień poszedł Turbacz, o którym wspominałam w innym poście. Dwa kolejne postanowiliśmy zaliczyć jednego dnia. A co? My nie damy rady? Jasne, że damy! Nie namyślając się długo, po zdobyciu Turbacza następnego dnia zapakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy do Beskidu Makowskiego, gdzie czekał na nas Lubomir.

Lubomir wznosi się na wysokość 904 m. n.p.m. i chociaż uznawany jest za największe wzniesienie Beskidu Makowskiego, często zalicza się go ogólnie do Beskidu Wyspowego. Jego nazwa pochodzi od księcia Kazimierza Lubomirskiego, w podziękowaniu za ofiarowanie terenu na górze. Sama góra jest praktycznie cała zalesiona, więc czekał nas leśny spacer. A o jakichś pięknych widokach i panoramach mogliśmy zapomnieć. Na jego szczycie znajduje się obserwatorium astronomiczne, którego pierwsze założenia sięgają 1922 roku.

W przeciwieństwie do wielu innych szczytów, schronisko na Lubomirze znajduje się praktycznie… u podnóża góry. Dziwne, prawda? Niewielkie schronisko jest co prawda bardzo klimatyczne, ale nie ma tam mowy praktycznie o żadnym noclegu. W środku przybiliśmy obowiązkowe pieczątki. Gdyby nie to, że dla potwierdzenia zdobycia góry potrzebna jest nie tylko pieczątka, ale i zdjęcie ze szczytu (wraz z tabliczką z nazwą), darowalibyśmy sobie wdrapywanie się na nią. No ale, co zrobić. W drogę!

Zaparkowaliśmy na małym prywatnym parkingu pod górą. Na miejscu nie zastaliśmy jednak właściciela. Tylko kota, który uważnie nam się przyglądał. Widać, miejscowy dozorca. Od rana panowała dość gęsta mgła, więc klimat na spacer po lesie był przedni. Na trasie i tak nie ma widoków na Tatry, więc niewiele straciliśmy. Droga przez cały czas łagodnie pięła się ku górze, czasami tylko przechodząc w nie za długie podejścia. Ogólnie, przyjemna trasa. Po drodze mijaliśmy obszary, gdzie zalegało jeszcze trochę śniegu. Co w połączeniu z mgłą dawało ciekawy, magiczny wręcz efekt.

A skoro o mgle i magii już mowa. Mieliśmy świetną okazję zobaczyć niesamowity spektakl. Kiedy w pewnym momencie zatrzymaliśmy się, żeby zrobić sobie wspólne zdjęcie na tle drzew, na naszych oczach mgła zaczęła znikać. Dosłownie płynęła, jakby ktoś ją zdmuchnął. Czuliśmy się, jak w baśni. To było niesamowite zjawisko. Na moment powietrze stało się przejrzyste i mogliśmy więcej zobaczyć z otaczającego nas lasu. Trwało to zaledwie chwilę, bo już po kilku sekundach mgła zaczęła wracać. Natura jest jednak niezwykła.

Po jakiejś godzinie dotarliśmy na szczyt. Z mgły wyłaniała się bryła obserwatorium, teraz akurat zamkniętego. Znaleźliśmy tabliczkę poświadczającą, że jesteśmy na szczycie. Zrobiliśmy kilka fotek i musieliśmy już schodzić na dół. Mieliśmy przecież w planach jeszcze jedną górę tego dnia obskoczyć, więc nie mogliśmy zwlekać. Dość szybko udało nam się dotrzeć do samochodu. Kota już nie było. Za to właściciel parkingu się znalazł. Nie mieliśmy wyjścia, trzeba było za postój zapłacić. Po chwili ruszyliśmy dalej, w kierunku naszego kolejnego celu – Łysicy. Ale to już opowiem w kolejnym wpisie. Tymczasem się żegnamy. Do zobaczenia na szlaku!

            Monika i Marcin