Orlica

Następnego dnia naszego pobytu w Sudetach postanowiliśmy zdobyć dwa kolejne szczyty z Korony Gór Polski. Pierwszym z  nich miała być Orlica. Nie chcąc tracić za bardzo czasu, zaraz po śniadaniu wymeldowaliśmy się z pensjonatu, wsiedliśmy w samochód i opuściliśmy piękną Kudowę-Zdrój. Ruszyliśmy w stronę Zieleńca, skąd mieliśmy ruszyć na szlak. A właściwie to pojechaliśmy do miejscowości Duszniki-Zdrój, a Zieleniec to jej dzielnica.

Orlica jest najwyższym szczytem Gór Orlickich i wznosi się na wysokość 1084 m. n.p.m. Co ciekawe wzniesienie rozciąga się na granicy z Czechami, a sam wierzchołek leży już u naszych południowych sąsiadów. Może stąd też jego druga nazwa, z którą czasami można się spotkać: Międzywierch.

Trasa do Zieleńca była bardzo malownicza i niesamowicie uprzyjemniła nam podróż. Długa i kręta droga wiła się po okolicznych wzniesieniach, z których rozpościerał się przepiękny widok na doliny. I tym samym, tak jak w przypadku Skopca, większą część wysokości pokonaliśmy samochodem. Dodajmy jeszcze do tego piękne słońce i mamy widok jak marzenie .Zajechaliśmy na niewielki parking na początku szlaku, ubraliśmy się ciepło (bo na wyższej wysokości chłód dawał się we znaki) i ruszyliśmy przed siebie.

I tu niespodzianka. Na szlaku śnieg. Dużo śniegu. Spodziewaliśmy się, że może go trochę na górze leżeć, ale tu wyglądało, że czekający na nas szlak jest cały pokryty śniegiem. I tak też było. Pomimo, że droga bardzo łagodnie pięła się w górę i w normalnych warunkach bardziej przypominałaby spacer po lesie (naprawdę, niektóre mazurskie leśne szlaki są bardziej wymagające), to zalegający tam śnieg stanowił jakieś wyzwanie. Były to pozostałości po odchodzącej zimie, więc ta biała pokrywa mocno się już topiła, przez co była miejscami bardzo grząska. A to dodatkowo męczyło. Na szczęście pogoda dopisywała, a słonko przyjemnie grzało, ale muszę przyznać, że ten spacerek był chwilami dość męczący.

Kiedy poczytaliśmy trochę o tym szczycie dowiedzieliśmy się, że istniała na nim kiedyś platforma widokowa, postawiona już w 1779 roku, natomiast u podnóża znajdowało się schronisko z wieżą widokową. Niestety spłonęło po II wojnie światowej i nikt nie był zainteresowany jego odbudową. Po platformie na szczycie też nie ma już śladu. Chociaż słyszałam, że w 2017 r. burmistrz Dusznik-Zdroju zapowiedział budowę nowej wieży, więc jest nadzieja na niewielki powrót do dawnych lat .Obecnie przez szczyt poprowadzone są szlaki dla ski-tourowców, które są dość popularne w regionie.

Po jakichś 30-40 min spaceru dotarliśmy na szczyt. Cała droga wiodła przez las, więc widoków za wiele nie mieliśmy (za wyjątkiem paru prześwitów), na szczycie tak samo. Tam niestety nie było już skrzyneczki z pieczątką (tak jak na Skopcu), więc trzeba było rozejrzeć się za nią gdzieś na dole. Ale na szczycie natknęliśmy się na ciekawy pomnik. Upamiętnia on odwiedziny w tym miejscu trzech istotnych dla historii osób, jednej szczególnie dla nas ważnej. Byli to John Quincy Adams (prezydent USA w latach 1825-1829), cesarz Józef II Habsburg oraz Fryderyk Chopin. Fajna ciekawostka. Zaczerpnęliśmy chwilę oddechu i ruszyliśmy na dół.

Szybko dotarliśmy do samochodu i ruszyliśmy na poszukiwanie pieczątki. W pobliskich Dusznikach oprócz ogromnego stoku narciarskiego i kilku wyciągów zobaczyliśmy schronisko o wiele mówiącej nazwie: Orlica. Cel mieliśmy obrany. A swoją drogą, z miejsca, gdzie stoi schronisko, rozciąga się niesamowity widok na dolinę. Dosłownie chwilami brakuje słów, żeby opisać, jaki ten świat może być piękny.

 Weszliśmy do środka. Typowo schroniskowe wnętrze. Drewniany wystrój, duże ławy, obrazy z górskiego życia na ścianach. Lubię takie klimaty .Pieczątka znajdowała się zwyczajowo przy barze. To był dopiero kawał pieczątki. Wielka, drewniana, przypominała raczej dawną ubijaczkę do masła, niż pieczątkę. Mieliśmy przy niej tyle frajdy i zabawy, jak małe dzieci. Oczywiście, nie mogliśmy odpuścić sobie pamiątkowych zdjęć .

Po załatwieniu sprawy, ruszyliśmy z powrotem do samochodu. Tego dnia czekał nas jeszcze drugi szczyt, więc nie mogliśmy dłużej zostać w tym miejscu, choć chcieliśmy. Czekała na nas Waligóra. Ale o tym przeczytacie w kolejnym wpisie, do którego serdecznie zapraszamy. Tymczasem się żegnamy. Do zobaczenia na szlaku!

Monika i Marcin