Skopiec

Pewnego kwietniowego dnia postanowiliśmy udać się na Czechy. Konkretnie do Trutnova. W sumie, na żadną podróż nie potrzebujemy specjalnego powodu, ale teraz mieliśmy. Marcin chciał odwiedzić kilka miejsc z wycieczki na Saksonię, a także jeden z hoteli. Mnie długo namawiać nie trzeba, więc wybraliśmy weekend i pojechaliśmy. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy przy okazji nie odwiedzili jakiegoś szczytu z Korony Gór Polski. A najlepiej kilku. Przecież przy okazji można załatwić, nie?

Pierwszy był Skopiec. Jego szczyt znajduje się na wysokości 724 m. n.p.m. Czyli nie za wysoki. Jest za to najwyższy w paśmie Gór Kaczawskich. Spotkaliśmy się nawet z określeniem, że to nie góra tylko wzniesienie. Ale zdobyć trzeba. Pojechaliśmy do miejscowości Komarno, skąd odchodzi szlak. Zaparkowaliśmy na parkingu, wzięliśmy aparaty i ruszyliśmy w drogę. Dowiedzieliśmy się wcześniej, że być może czeka nas przedzieranie się przez czyjeś pole, ale tego to się nie spodziewałam. Kiedy minęliśmy ośrodek wypoczynkowy, przywitał nas spory pies przywiązany do budy. Nie wyglądał co prawda, jakby miał wrogie zamiary, ale woleliśmy się do niego nie zbliżać. Kolejną przeszkodą była drewniana brama. Z elektrycznym pastuchem. No, nieźle się zaczyna. Jakoś udaje nam się przejść i idziemy dalej. Widzimy co jakiś czas oznaczenia szlaku, czyli nie jest źle. Ale musieliśmy darować sobie trzymanie się szlaku i skróciliśmy sobie drogę idąc na przełaj przez czyjeś pole. A to wszystko przez to, że od strony widzianej w oddali Śnieżki zaczęły napływać nieciekawie wyglądające chmury. Zanosiło się na burzę. Musieliśmy przyspieszyć marsz i szybko wrócić. A to oznaczało kilkukrotne pokonywanie płotów z pastuchem. Ale na szczęście cali i zdrowi pomaszerowaliśmy dalej.

Droga przez cały czas łagodnie wznosiła się ku górze i prowadziła przez otwarty teren. A widoki stamtąd, trzeba przyznać, są naprawdę zacne i warte niejednego zdjęcia .Szczerze mówiąc, nie byłam zachwycona takim biegiem na górę, bo dla mnie sama wędrówka jest dużą przyjemnością. Ale nie mieliśmy wyjścia. Po krótkim marszu weszliśmy w niewielki zagajnik. I tu mieliśmy małą przygodę, która wtedy zjeżyła mi włosy na głowie, a teraz jest dla nas nauczką. Ogólnie podczas całego marszu nie napotkaliśmy na naszej drodze nikogo, byliśmy sami. W pewnej chwili przed nami, spomiędzy drzew, wyłonił się wilk. Tak przynajmniej myślałam na początku. Ale po przyjrzeniu się stwierdziliśmy, że to pies. Za nim wyszedł drugi, większy. Ale na szczęście straciły nami zainteresowanie i poszły dalej w las. Odetchnęliśmy z ulgą. Teraz już pamiętamy, żeby mieć przy sobie przynajmniej gaz pieprzowy.

Widziana przez nas wcześniej antena zbliżała się coraz bardziej, więc szczyt był już blisko. Dobrze, że wcześniej poczytaliśmy trochę o tym miejscu, bo to nie antena była naszym celem. Okazało się, że stoi ona na szczycie, który znajduje się tuż obok naszego Skopca. To Baraniec i jest niższy o zaledwie 4 metry. Droga jest dość dobrze oznakowana, więc nie mieliśmy problemu z dotarciem na odpowiedni szczyt.

Na miejscu czekała nas niespodzianka. Oprócz słupka i tabliczki z nazwą, znajdowała się tam również mała skrzyneczka. A w środku kilka niezbędnych przedmiotów, jak chusteczki czy długopis. No i oczywiście pieczątka, bo schroniska na szczycie ani pod nim nie uświadczysz. To świetnie, że nikt tego nie ukradł, ani nie zniszczył, żeby każdy mógł z tego skorzystać. Podbiliśmy stempelki, cyknęliśmy zdjęcie i ruszyliśmy na dół. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o punkt widokowy, który okazał się po prostu wyrwą w lesie umożliwiającą zrobienie zdjęcia. Wróciliśmy tą samą drogą, uważając na podpięte do prądu płoty. Pies na dole już na nas nie zareagował. Widać uznał nas za swoich. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej. W kierunku Czech.

Skopiec może nie był wymagającą górą, ale dostarczył nam ładnych widoków i trochę mniej miłych wrażeń (psy). Samo podejście było bardzo krótkie, bo ¾ drogi pokonuje się samochodem; wcześniej (na początku szlaku) nie ma go nawet gdzie postawić. Tę górkę mogliśmy z czystym sumieniem skreślić z naszej listy. Burzowe chmury jakoś się rozwiały i bez przeszkód pojechaliśmy dalej. To tyle z tego podejścia. Widzimy się w kolejnym wpisie. Do zobaczenia na szlaku!

Monika i Marcin 0000000000000