Ślęża

Sylwestra 2018r. postanowiliśmy spędzić trochę bliżej naszych ukochanych gór. Pojechaliśmy do Wrocławia. Wybór oczywiście nie był przypadkowy. Mieliśmy na oku kolejny punkt na naszej mapie Korony Gór Polski. Tym razem chodziło o Ślężę, najwyższy szczyt Przedgórza Sudeckiego i Masywu Ślęży. Dokładnie 718 m. n.p.m. Niby nie za wiele, ale jak się miało później okazać, chwilami potrafiła dać nam w kość. Ale o tym później. Od Wrocławia na Ślężę jest rzut beretem, więc wybór był oczywisty.

Mnie ta góra jarała jeszcze z innego powodu. Jako miłośniczka historii i dawnych kultur, odwiedzenie miejsca tak niegdyś ważnego dla naszych przodków było nie lada gratką. Nie mogłam się doczekać, aż ją zobaczę i przeszukam. Ale po kolei.

Przyjechaliśmy do Wrocławia 29 grudnia w południe. Pogoda nie była za ciekawa, no ale cóż. W końcu zima, nie? Jak jest zima, to musi być zimno 😉 Ale żeby jeszcze deszcz? No ale, jak to my, stwierdziliśmy, że nie idziemy na łatwiznę i pokręciliśmy się nieco po pięknym Wrocławiu. Na wieczór zjechaliśmy do hotelu, który był trochę oddalony od centrum. Przyznaję, byłam już nieco zmęczona całym dniem i do tego bez kropli kawy, co dla mnie jest tragedią 😉 Marcin się dzielnie trzymał i tylko dzięki niemu jakoś doczłapałam się do naszej noclegowni.

Kolejny dzień przywitał nas słońcem i już o niebo lepszą pogodą. Specjalnie dla nas. Żeby rozpocząć spacer na Ślężę, musieliśmy najpierw wydostać się z Wrocławia i dostać do niedalekiej Sobótki. Niby nic prostszego. Duże miasto, na pewno jest wiele busów. Ale zapomnieliśmy o jednym. To był Sylwester, więc wszystko mogło jeździć kompletnie inaczej. Albo w ogóle. Pokręcony rozkład to też inna kwestia. Na dworcu we Wrocławiu okazało się, że jednak rozkład jest nie do końca aktualny. Pani w informacji powiedziała, że następny autobus do Sobótki odjeżdża za dwie godziny. Odpada. Ale szczęśliwie w podobnej sytuacji był pewien chłopak z rodziną, którzy też chcieli dostać się do Sobótki. Jakiś mały bus miał odjeżdżać z pobliskiego przystanku autobusowego i zaproponował, żebyśmy dołączyli. Dla nas super!

Na samym przystanku miny już nam nieco zrzedły. Owszem, miał niedługo jechać jakiś bus. Ale w święta nie kursował. I teraz pytanie, czy Sylwester to też święto? Niby tak, ale wiadomo? Nie mieliśmy w sumie innego pomysłu, jak zaczekać i się przekonać. I to był bardzo dobry pomysł. Bus przyjechał. No to w drogę!

Po jakiejś pół godzinie dotarliśmy do Sobótki. Nawet ładna mieścina. Niewielka, ale ma swój urok. Ale to przecież nie ona była naszym celem. Marcin już wcześniej wybrał dla nas najlepszy szlak. Po chwili udało nam się znaleźć odpowiednio kolorowe paski i ruszyliśmy (nawiasem mówiąc, praktycznie cały bus wybrał się na zdobywanie Ślęży 😉 ).

Może wspomnę jeszcze kilka słów o samej górze. Ślęża, albo jak niektórzy ją nazywają, Sobótka, to góra o bardzo ciekawej historii. Dawno, dawno temu, na długo jeszcze przed chrztem Mieszka, góra ta była centrum pogańskiego kultu solarnego. Innymi słowy, oddawano tam cześć słońcu. Wiemy o tym dzięki zapiskom dawnych kronikarzy, a także dzięki kamiennym posągom, które na szczęście zachowały się do dzisiaj i można je podziwiać na trasie na szczyt. To coś dla mnie .No i oczywiście, Ślęża ze swoimi 718 m. n.p.m. należy do Korony Gór Polski, ale o tym już mówiłam 😉

Patrząc z dołu nie wyglądała na górę specjalnie trudną do zdobycia. Więc raźno ruszyliśmy w górę. Zwłaszcza, że pogoda też była nie najgorsza. Słońce przebijało się przez chmury i nie było nawet zimno. Początkowo pokonywaliśmy kolejne metry spokojnie, bez większego problemu. Teren łagodnie wznosił się ku górze. Miły spacerek. Ale przyjemności się skończyły, kiedy pojawiły się pierwsze większe podejścia. I to niektóre naprawdę dość strome. Ale nic to. Idziemy dalej.

Po jakimś czasie dotarliśmy do szczytu. Ale nie, to jeszcze nie był nasz szczyt docelowy. Najpierw zdobyliśmy trochę mniejsze wzniesienie, z którego potem trzeba było trochę zejść, żeby znowu zacząć się wspinać. Tym razem już na właściwą Ślężę. Ale nie dlatego o tym piszę. Na tym pierwszym wzniesieniu znajdowała się wieża. Kamienna. Wyglądała w tym miejscu dość ciekawie, nawet klimatycznie. Stwierdziłam, że to pewnie wieża lotnicza dla czarownic 😉 Ale zobaczyliśmy tabliczkę z napisem „Wieża obserwacyjna”, więc teoria upadła. Moja wersja bardziej mi się podobała. Ale na tym wzniesieniu było coś jeszcze bardzo ciekawego. Otóż lasek za tą wieżą był zupełnie inny od tego na szczycie góry. Był niezwykły. Rosły w nim jakieś dziwne drzewa. Jakby trochę poskręcane, nienaturalnie wygięte. I w ogóle nie było tam ani krzaków, ani żadnego runa. Naprawdę niesamowite miejsce. Po raz pierwszy poczuliśmy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie do tych odległych lat, kiedy na górę ciągnęły rzesze pielgrzymów, chcących wspólnie pomodlić się do swoich bogów. Jak zwykle, porobiliśmy dużo zdjęć i poszliśmy dalej.

W miarę jak zbliżaliśmy się do szczytu, pogoda zaczęła się trochę zmieniać. Pojawiła się mgła, wyraźnie się ochłodziło. Na drzewach pojawił się śnieg. Ale to wszystko tylko dodało uroku całemu miejscu. I obowiązkowo, dużo fotek. Po chwili ruszyliśmy dalej. Nasz cel był blisko.

W końcu. Udało się. Dotarliśmy do szczytu. Tu już mgła była jak mleko, widoczność bardzo ograniczona. Na szczycie było już trochę ludzi. Jak się okazało, chcieli spędzić Sylwestra na górze. A my ruszyliśmy do sporego schroniska po pieczątki. W środku ciepło, pachnie jedzeniem, gwar rozmów. Przytulnie. Kiedy załatwiliśmy już kwestię stempli, poszliśmy do kościoła. Dokładnie, nie pomyliłam się. Na szczycie Ślęży stoi niewielki kościół. Kiedy na przełomie X i XI wieku zaczęto przeprowadzać na tym obszarze chrystianizację, postanowiono na miejscu pogańskiego kultu postawić chrześcijańską świątynię. Aby pomóc wykorzenić dawne wierzenia i tym bardziej umocnić panowanie nowej wiary. Wspięliśmy się po schodach i weszliśmy na chwilę do środka. Wewnątrz panował półmrok, rozświetlony tylko kilkoma lampami. Zastaliśmy kilka osób, które chyba przygotowywały się do noworocznego nabożeństwa. Nie chcąc przeszkadzać, po chwili wyszliśmy.

Jeszcze krótki rzut oka na schronisko, żeby nacieszyć oczy miejscem. Po chwili ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem wybraliśmy inną trasę, która omija pierwsze wzniesienie. Droga była bardzo spokojna, łagodnie opadała w dół, aż do samego podnóża. W miarę szybko znaleźliśmy się na dole. Udało nam się zdążyć na wcześniejszy bus do Wrocławia. Szczęśliwi ze zdobycia kolejnego szczytu, wróciliśmy do hotelu.

Następnego dnia rano spakowaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy na dworzec. Szkoda było odjeżdżać z pięknego Wrocławia, ale trzeba było wracać do rzeczywistości. Ale był to świetny wyjazd, po którym zostanie wiele zdjęć, filmików, no i wspomnień. Tymczasem się żegnamy. Do następnego razu. Do zobaczenia na szlaku!

Monika i Marcin