Turbacz 28.11.2018

            Kolejne podejście. Jeszcze bardziej strome niż poprzednie. Matko, ile ich jeszcze będzie? Ja rozumiem, że to góry i że sama tego chciałam, ale miało być trochę niżej… Chyba po prostu nie chcę się przyznać, że kondycja trochę mi siadła 😉 Patrzę na Marcina. Trzyma się dobrze, ale też oddycha trochę głębiej. Ale co tam! Przecież my kochamy te wyprawy i byle co nas nie zniechęci. Idziemy!

Ale może zacznę od początku, Korona Gór Polski. 28 szczytów wszystkich górskich pasm w Polsce. Jedne z wielu górskich marzeń, które bardzo chciałam spełnić. Wiedziałam, że to nie będzie takie proste. Głównie dlatego, że nie miałam z kim zrealizować tego marzenia. Ale na szczęście to się zmieniło 😉 Marcin już wcześniej rozpoczął skreślanie szczytów na swojej liście. A od niedawna zdobywamy je razem. Pierwszym szczytem na naszej liście był Turbacz, najwyższy szczyt Gorców. Wznosi się na wysokość 1310 m. n.p.m. Stoki góry są gęsto porośnięte lasem, ale jak się okazało, nie brakowało miejsc, skąd mogliśmy podziwiać odległe Tatry i Pieniny.

Dobra, pierwsze gorsze podejście za nami. Po drodze Marcin zaproponował, żebym pożyczyła jego kijki trekingowe i zobaczyła, jak się z nimi chodzi. I powiem szczerze, jest ogromna różnica. O wiele lepiej i wygodniej podchodzi się mając solidne oparcie. Nogi nie są tak obciążone i ogólnie mniej się męczą. Już wiedziałam, co muszę sobie po powrocie kupić ;). Wyszliśmy na w miarę płaski teren. Zobaczyliśmy pierwszy z wielu pięknych widoków. Zrobiliśmy kilka fotek, chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przez większość czasu, szlak dość łagodnie się wznosił. Był to przyjemny, mało wymagający spacer. Tym lepiej, bo mogliśmy nacieszyć oczy pięknymi panoramami Tatr. Z Gorców widać je wspaniale. A do tego mieliśmy świetną pogodę. Co prawda było pochmurno, ale odległe Tatry były rozświetlane przebijającym się co jakiś czas przez chmury słońcem. Ten spektakl światła i kolorów był tak piękny, że nie można było nie zrobić przynajmniej setki zdjęć. Marcin przeszedł samego siebie, ale było warto. Zdjęcia wyszły kapitalne.

Idąc dalej natknęliśmy się w pewnym momencie na kawałek śmigła. Tak, nas też to zdziwiło. Ale zagadka się rozwiązała, kiedy przeczytaliśmy tabliczkę. To był pomnik, który upamiętniał katastrofę lotniczą, która miała tam miejsce w 1973 r. Kiedy później sprawdziliśmy dokładnie w internecie okazało się, że to była dość głośna katastrofa. Samolot miał transportować chore dziecko i jego matkę do szpitala w Rabce-Zdroju. Niestety, natrafili na śnieżycę. W wypadku zginęła matka dziecka. Ono samo, jak i pilot przeżyli upadek. Smutna historia. Poszliśmy dalej.

W miarę, jak posuwaliśmy się naprzód, pogoda zaczęła nam się trochę psuć. Z początku niewielka mżawka, momentami przechodziła w nieprzyjemny, zacinający deszcz. Wiało też dość porządnie. Ale cel był coraz bliżej, także nie było opcji, żeby zawrócić. Byliśmy też już nieco zmęczeni. W końcu, każde z nas miało trochę odpoczynku od gór, więc kondycja też nie była najlepsza.

W końcu udało się. Jest szczyt! Całe 1310 m. n.p.m. Zrobiliśmy obowiązkowe zdjęcie pod obeliskiem z tabliczką, nacieszyliśmy oczy i siebie zdobytym szczytem i ruszyliśmy w stronę schroniska. Położone jest trochę poniżej szczytu, ale dotarcie do niego długo nam nie zajęło. Zmęczeni usiedliśmy w barze i zamówiliśmy sobie po zupie czosnkowej z grzankami. Była przepyszna! Oczywiście, nie mogliśmy też zapomnieć o pieczątkach do książeczki zdobywców.

Kiedy się już najedliśmy i ogrzaliśmy, wyszliśmy na zewnątrz, żeby podziwiać panoramę Tatr z tarasu widokowego przed schroniskiem. Sam budynek jest dość spory i nawet ładny (bo z tymi schroniskami to różnie bywa…). Oferuje noclegi, także może służyć za świetną bazę wypadową do wędrowania po Gorcach. A jest gdzie wędrować. A widok na Tatry i Pieniny? To czysta poezja. Coś pięknego. W końcu musieliśmy wrócić na ziemię i rozpocząć podróż z powrotem. Było już dobrze po południu, do tego pochmurno. A nie chcieliśmy spędzić nocy na szlaku. Pogoda też znowu się trochę pogorszyła. Chwilami padało konkretnie.

Poszliśmy inną drogą i chwilami była dość stroma i kamienista. A mokre kamienie nie ułatwiały sprawy. Na szczęście, dotarliśmy do parkingu bez zbędnych przygód i było jeszcze w miarę jasno. Zeszliśmy tylko jeszcze do pobliskiego potoku, żeby umyć buty, bo zabłocone były niemiłosiernie. W końcu wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy z powrotem do Białego Dunajca.

Ta wyprawa chwilami dawała nam w kość i uświadomiła nam, że musimy jeszcze trochę popracować nad kondycją ;). Ale było warto, bo wędrowanie po górach to przecież to, co obydwoje kochamy. Więc na pewno żadne z nas nie narzekało. I tym samym odhaczyliśmy pierwszy szczyt na naszej liście Korony Gór Polski. Jeszcze dużo przed nami i nie możemy się doczekać kolejnych wypraw. Tymczasem się żegnamy. Do zobaczenia na szlaku!

Monika i Marcin