Waligóra

Podczas naszego dwudniowego pobytu w Sudetach postanowiliśmy zdobyć kolejne szczyty z Korony Gór Polski. Na dzień drugi przewidzieliśmy ich dwa. Jako, że są one jednymi z niższych na naszej liście, to stwierdziliśmy, że damy radę obskoczyć je podczas jednego weekendu. Skopiec i Orlicę opisałam w innym poście, także skupię się teraz na ostatnim szczycie.

Była nim Waligóra, albo znana również pod niemiecką nazwą – Heidelberg. Jest najwyższym szczytem pasma Gór Kamiennych i wznosi się na wysokość 936 m. n.p.m. Pestka, prawda? Co to za wysokość? Nie takie szczyty się zdobywało. W pół godziny załatwimy i jedziemy na kolejną górkę. I kolejny raz przekonaliśmy się, że nie można lekceważyć żadnego, nawet najmniejszego szczytu. Kiedy czytaliśmy wcześniej nieco o tym szczycie, opisywano kilka szlaków. Zaciekawił nas szczególnie żółty, bo był najkrótszy. Ostrzegano, że jest dość stromy, ale ostatecznie możliwość szybkiego dotarcia przeważyła sprawę.

Zajechaliśmy na parking pod słynne w regionie schronisko „Andrzejówka”. Ogólnie, sporo ludzi się kręciło, a i sam budynek wyglądał przyzwoicie. Ale o nim za chwilę. Ruszyliśmy na żółty szlak.

Na początku miły spacerek, rodziny z dziećmi, z pieskami. Jak w kurorcie. Po chwili dotarliśmy do rozwidlenia szlaków. Żółty prowadził na wprost, a drugi okrążał górę, łagodnie pnąc się po zboczu. I tym podążała większość turystów. My się nastawiliśmy na żółty, to lecimy. Droga od razu zaczęła stromo się przed nami wznosić. I już na samym początku czekało nas niemałe zaskoczenie. Nie było drogi. Dosłownie. Weszliśmy w gęsty las, pełen przewróconych drzew i tyle. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy dobrze idziemy, ale zobaczyliśmy oznakowania na dalszych drzewach, więc chyba dobrze. Nie idziemy na łatwiznę, nie ma co 😉 Zaczęliśmy przedzierać się przez chaszcze i leżące drzewa. A podejście robiło się coraz bardziej strome i przyznaję, chwilami niebezpieczne. Pomijam już fakt luźnych kamieni, które na stromym terenie mogą spowodować nieprzyjemny zjazd w dół. Kamienie i sama ściółka były po prostu mokre, a miejscami leżało nawet trochę śniegu. Przez co cała droga stawała się momentami bardzo śliska i niepewna, więc musieliśmy uważnie stawiać kroki i chwytać się wszystkiego, co popadnie. Najciekawsza była mijanka, bo trzeba było albo na chwilę przykleić się do jakiegoś drzewa i ustąpić, albo przeciskać się na wąskiej ścieżce. Ale szczerze mówiąc, byliśmy z Marcinem mniej zmęczeni niż na niejednym łagodniejszym podejściu. Taka wspinaczka w mało komfortowych warunkach sprawia nam obojgu sporą przyjemność i zamiast zmęczenia odczuwamy adrenalinę i ekscytację.

I rzeczywiście. Wejście na szczyt nie zajęło nam wiele czasu. Nie mogliśmy niestety liczyć na jakieś fajne zdjęcie na doliny. Cały szczyt porośnięty jest lasem, więc jeśli ktoś szuka tylko walorów estetycznych, to może się zawieść. Zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcie pod tabliczką (z małą pomocą odpoczywającej na szczycie pary), otrzepaliśmy się z błota i ruszyliśmy na dół. Z powrotem planowaliśmy wybrać łagodniejszy szlak, bo o ile wchodzenie po stromym stoku jest ok, to już schodzenie było dwa razy cięższe. Ale kiedy sprawdziliśmy, że wydłuży to nam powrót o jakieś 40 min, od razu zrezygnowaliśmy. Pozostało nam schodzenie na czterech literach na dół.

Po dość szybkim zejściu i paru mijankach po drodze dotarliśmy pod schronisko. Byliśmy już trochę głodni, więc oprócz pieczątek postanowiliśmy również zainteresować się miejscowym menu. W środku drewniany, typowo schroniskowy wystrój i pełno ludzi. Karta dań też dość długa, ale zdecydowaliśmy się na szybką grochówkę i żurek. Zupy były dobre, pożywne i w całkiem sporych porcjach. Podbiliśmy książeczki KGP i udaliśmy się z powrotem do samochodu.

Czas było ruszać w drogę powrotną na nasze Mazury. Weekend był intensywny, ale mega fajny. Było nam smutno opuszczać góry, zresztą jak zawsze. Ale wiemy, że wrócimy tam nieraz. Jeszcze wiele dróg przed nami. Widzimy się w kolejnym wpisie. Pozdrawiamy i do zobaczenia na szlaku!

Monika i Marcin